Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 14 września 2026 17:35
Reklama
Rzeki Mazowsza

Bug - czterdzieści minut od Warszawy i zupełnie inny świat

Z południa Warszawy wyjechaliśmy bez pośpiechu, z kubkami kawy w rękach. Czterdzieści minut później byliśmy w Józefowie pod Radzyminem – czyli mniej więcej tyle, ile w piątkowe popołudnie potrafi zająć przejazd przez pół Warszawy.
Bug - czterdzieści minut od Warszawy i zupełnie inny świat

Autor: Karolina Kołodziejska

Tyle że zamiast kolejnych świateł, korków i szukania miejsca do parkowania nagle pojawiła się rzeka, dużo zieleni i ten charakterystyczny spokój, który przychodzi właściwie od razu, kiedy człowiek wyjedzie z miasta.

Auto zostawiliśmy pod bazą kajakową przy Akacjowej, a sami wsiedliśmy do busa, który zawiózł nas w górę rzeki, do Ślężan. I to jest chyba jeden z powodów, dla których ten pomysł tak dobrze sprawdza się na spontaniczny wypad. Nie trzeba kombinować z dwoma samochodami, logistyką i odbieraniem auta po spływie. Przyjeżdżamy, zostawiamy samochód na mecie, a organizator zawozi nas razem z kajakami na start.

autorka Karolina Kołodziejska 

 

Szeroka, płytka, kapryśna

Bug w tym miejscu jest szeroki i już od pierwszych minut daje do zrozumienia, że nie będzie zachowywał się jak grzecznie uregulowana rzeka. To właśnie jest w nim najpiękniejsze.

Koryto na dużych odcinkach zachowało naturalny charakter. Są tu zakola, starorzecza, piaszczyste łachy, wyspy, zarośla wierzbowe i brzegi, których nikt nie próbował doprowadzić do geometrycznego porządku. Dolina Dolnego Bugu jest częścią europejskiej sieci Natura 2000 i jednym z ważniejszych obszarów dla ptaków wodno-błotnych. Żyją tu również bobry i wydry.

Z kajaka nie trzeba zresztą czytać żadnych tablic informacyjnych, żeby zorientować się, że przyroda ma się tutaj całkiem dobrze. Co chwilę coś podrywa się z trzcin, przelatuje nad wodą albo znika w wysokiej trawie.

Widok z kajaka jest niski i przez to zupełnie inny niż ten, który znamy z samochodu albo nawet z roweru. Nagle świat kończy się metr nad powierzchnią wody.

Najpierw jest wąski pas trawy, potem łąki i pola, a gdzieś bardzo daleko, na granicy nieba, wieża kościoła którejś z nadbużańskich wsi. Raz po prawej stronie pojawiła się stara stodoła z łatanym dachem, tak wrośnięta w krajobraz, że wyglądała, jakby stała tam od zawsze. Poza tym przestrzeń. Naprawdę dużo przestrzeni i cisza, chociaż nie taka absolutna. Słychać ptaki, wodę uderzającą o kajak, rozmowy ludzi z drugiego kajaka, ale nie ma tego jednostajnego miejskiego tła, do którego jesteśmy przyzwyczajeni tak bardzo, że przestajemy je zauważać. 

Bug cały czas się przy tym zmienia. Pod jednym brzegiem wiosło wchodzi w wodę na całą długość, a kilkanaście metrów dalej nagle zaczyna szorować po piachu. Płycizny wychodzą właściwie znikąd. Złote, nagrzane słońcem łachy pojawiają się pośrodku rzeki, a zaraz za nimi woda znowu robi się ciemniejsza i głębsza.

Minęliśmy powaloną wierzbę leżącą w poprzek brzegu, z wypłukanym korzeniem wielkim jak ściana. I właśnie takie drzewa są tutaj częścią krajobrazu. Nikt ich nie usuwa tylko dlatego, że nie stoją tam, gdzie powinny. Rzeka zabiera kawałek brzegu, odsłania korzenie, przenosi piach w inne miejsce i za jakiś czas wszystko wygląda już trochę inaczej.

autorka Karolina Kołodziejska 

 

Krowy w wodzie, konie w trawie

Za którymś zakolem zobaczyliśmy je pierwszy raz. Krowa stała w rzece niemal po szyję, zanurzona tak, że nad wodą wystawał właściwie tylko biały łeb i kawałek grzbietu., spokojnie przeżuwała. Za nią, na trawiastej skarpie, leżały kolejne. Płynęliśmy wolniej, żeby ich nie spłoszyć, ale szybko okazało się, że niepotrzebnie się przejmujemy. To raczej my byliśmy tutaj ciekawostką. Krowy patrzyły na nas z tym spokojem, który mają chyba tylko zwierzęta, którym absolutnie nigdzie się nie spieszy. Dalej było ich jeszcze więcej. Całe stado wygrzewało się na piaszczystej łasze, cielaki kręciły się między dorosłymi, a jedna jasna krowa stała na skraju, jakby pilnowała całego towarzystwa. Na sąsiednim brzegu pojawiły się konie z opuszczonymi łbami, pasące się na trawie.

Nie widziałam wcześniej czegoś takiego z poziomu wody. Kilkanaście metrów od brzegu, bez płotu, bez wyznaczonego punktu widokowego i tabliczki „atrakcja turystyczna”. Po prostu płyniesz i nagle jesteś w środku tego obrazka. Właśnie takie momenty pamięta się później najlepiej.

autorka Karolina Kołodziejska 
autorka Karolina Kołodziejska 

Rzeka, która prawie nie płynie

W pewnym momencie przestaliśmy wiosłować, nic się nie wydarzyło. Kajak nie zaczął wyraźnie odpływać. Nie obrócił się i nie został porwany przez nurt. Po prostu został mniej więcej tam, gdzie był. To mnie zaskoczyło chyba najbardziej i była to pierwsza rzecz, którą sprawdziłam po powrocie do domu.

Wyjaśnienie prowadzi do stopnia wodnego Dębe na Narwi. Został oddany do użytku w 1963 roku i to dzięki niemu powstało Jezioro Zegrzyńskie. Spiętrzenie wody nie kończy się jednak tam, gdzie na mapie zaczyna się „zalew”. Cofka sięga również w górę Bugu, według oficjalnych lokalnych opracowań aż w okolice Barcic.

Ślężany i Kuligów znajdują się więc na odcinku, na którym wpływ zbiornika jest już wyraźnie odczuwalny, a nurt potrafi być bardzo słaby. Dla kajakarza ma to bardzo praktyczne konsekwencje. Po pierwsze, płynie się spokojnie. Nie ma walki z nurtem, gwałtownego manewrowania ani poczucia, że za chwilę rzeka zdecyduje za nas, w którą stronę popłyniemy. Po drugie – można zawrócić, a jak się za chwilę okazało, była to dla nas informacja dość istotna.

Oczywiście Bug pozostaje rzeką i jego warunki zależą od poziomu wody, pogody czy wiatru, więc nie traktowałabym go jak wielkiego basenu. Na naszej trasie rzeka tego dnia była wyjątkowo spokojna.

 

O jedno zakole za daleko

Tak dobrze nam się płynęło, że przegapiliśmy Kuligów. Nie było żadnego dramatycznego momentu, w którym zorientowaliśmy się, że stało się coś złego. Płynęliśmy dalej, rozmawialiśmy, oglądaliśmy brzegi i w pewnym momencie krajobraz zaczął się zmieniać. Rzeka zrobiła się coraz szersza. Brzegi zaczęły odsuwać się od siebie, a potem nagle zobaczyliśmy ludzi. Dużo ludzi. Szeroka piaszczysta plaża, motorówki, skutery wodne, łodzie. Zupełnie inny świat niż ten, przez który płynęliśmy jeszcze kilkanaście minut wcześniej. To już okolice Jeziora Zegrzyńskiego i wodniackiej części Mazowsza, gdzie spokojny, dziki Bug zaczyna przechodzić w krajobraz znany wszystkim z letnich weekendów nad Zegrzem.

Z kajaka wyglądało to trochę jak przejście z filmu przyrodniczego do reklamy wakacji. Siedzieliśmy chwilę na wodzie, oglądając całe zamieszanie, aż w końcu dotarło do nas, że nasza baza kajakowa została gdzieś z tyłu. 

Na większości rzek taka informacja oznaczałaby zapewne telefon do organizatora i dość głupią rozmowę. Tutaj po prostu obróciliśmy kajak i popłynęliśmy pod prąd. Bez dramatu, bez walki o życie, za to z dodatkowym kwadransem wiosłowania i najlepszą historią z całego dnia. Oczywiście można wszystko zaplanować idealnie. Sprawdzić trasę trzy razy, pilnować mapy i wysiąść dokładnie tam, gdzie trzeba, ale wtedy nie byłoby co opowiadać.
 

Nad brzegiem trwa lato

Bug pod Warszawą nie jest pustkowiem i nie ma sensu udawać, że nim jest. Na piaszczystych łachach stoją namioty i rozpięte na linkach płachty. Gdzieś obok zaparkowane są samochody z otwartymi bagażnikami, znad krzaków snuje się dym z grilla. Ktoś siedzi w kapeluszu na składanym krzesełku i patrzy w wodę. Ktoś inny się opala. Ktoś łowi ryby. Na jednej plaży dzieci biegają po piasku, kawałek dalej ktoś rozstawił cały weekendowy obóz. Jest w tym coś bardzo polskiego i bardzo wakacyjnego, szczerze mówiąc, wcale mi to nie przeszkadzało.

Ta rzeka nie jest dekoracją, którą można tylko oglądać. Ludzie nad nią mieszkają, wypasają zwierzęta, łowią ryby, pływają, odpoczywają. Trzeba tylko pamiętać, że znaczna część doliny jest objęta ochroną, dlatego przed biwakowaniem czy rozpalaniem ognia warto sprawdzić zasady obowiązujące dokładnie w miejscu, w którym chcemy zostać i oczywiście zabrać po sobie wszystko, co przywieźliśmy. To wydaje się oczywiste, ale wystarczy kilka plastikowych butelek na piaszczystej łasze, żeby cały ten obraz przestał być taki piękny.

autorka Karolina Kołodziejska

Gdzie jeszcze na Bug?

My wybraliśmy trasę ze Ślężan w stronę Kuligowa i na jednodniowy, właściwie kilkugodzinny wypad z Warszawy jest to wariant bardzo wygodny.

Jeśli ktoś chce zacząć jeszcze spokojniej, może wybrać krótszy odcinek z Czarnowa. Jeśli ma ochotę naprawdę popływać, możliwości jest dużo więcej – w stronę Wyszkowa, Kamieńczyka czy dalej na wschód.

Bug jest jedną z tych rzek, na których można spędzić dwie godziny albo kilka dni i chyba właśnie dlatego nie próbowałabym podczas pierwszego wyjazdu zrobić z niego sportowego wyzwania. 

Tutaj szkoda się spieszyć. Można zatrzymać się przy piaszczystej łasze. Wyciągnąć nogi z kajaka. Popatrzeć na krowy stojące w wodzie. Zjeść coś na brzegu. Przez pięć minut nie wiosłować i sprawdzić, czy rzeka w ogóle zamierza nas gdzieś zabrać.

Jednak, jeśli ktoś ma więcej czasu, dalej na wschód zaczyna się jeszcze bardziej spektakularny Bug – okolice Broku, Drohiczyna i Podlaskiego Przełomu Bugu. Tam można już spokojnie zaplanować kilkudniową wyprawę, ale to jest pomysł na zupełnie inną historię. Na szybki wypad za miasto Ślężany, Czarnów i Kuligów wystarczą w zupełności, a jak się popłynie o jedno zakole za daleko i trzeba potem wrócić, można się nawet trochę zmęczyć.

 

Trochę praktycznych wskazówek

My zaczynaliśmy od bazy kajakowej w Józefowie koło Radzymina. Samochód zostawiliśmy na miejscu, a transport na start spływu był zorganizowany przez wypożyczalnię. To zdecydowanie najwygodniejsza opcja, szczególnie jeśli jedzie się tylko jednym autem. Na wodę warto zabrać mniej rzeczy niż podpowiada rozsądek. Kapelusz albo czapka, krem z filtrem, woda, okulary przeciwsłoneczne, ewentualnie buty, w których można wejść do rzeki, naprawdę wystarczą. Piaszczyste łachy kuszą, żeby się zatrzymać, a chodzenie po nich boso nie zawsze jest najlepszym pomysłem.

Telefon najlepiej zamknąć w wodoodpornym etui albo worku. Szczególnie jeśli, tak jak ja, co chwilę chce się zrobić zdjęcie. Przed wyjazdem warto też sprawdzić pogodę i poziom wody. Bug jest rzeką naturalną i dokładnie to stanowi o jego uroku, ale oznacza też, że warunki nie zawsze będą identyczne. Jeszcze jedna rada: nie planujcie tego dnia zbyt dokładnie. Serio. Jeśli macie wrócić do Warszawy o 16.30, bo o 17.00 zaczyna się kolejny punkt programu, cały urok trochę znika. Zostawcie sobie godzinę więcej, na pierogi z jagodami, na zejście do wody trochę wolniej, niż zakładaliście, na postój na piaszczystej łasze, na patrzenie na krowę stojącą po szyję w Bugu albo na to, że przegapicie swoją bazę kajakową i trzeba będzie zawrócić.

 

Czterdzieści minut i już nas nie ma

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak nie to, że Bug jest tak szeroki. Nie krowy w wodzie, nie pałac na skarpie i nawet nie to, że przez chwilę płynęliśmy w niewłaściwą stronę. Najbardziej zaskoczyła mnie odległość od Warszawy, tylko czterdzieści minut. Tyle potrzebowaliśmy, żeby znaleźć się w miejscu, w którym zamiast tramwajów słychać ptaki, zamiast bloków widać łąki, a największym problemem dnia staje się pytanie, czy właśnie minęliśmy miejsce, w którym mieliśmy oddać kajak.

Warszawa ma tę dziwną właściwość, że czasem trudno z niej wyjechać. Nie dlatego, że rzeczywiście jest daleko, ale dlatego, że w głowie wyjazd za miasto urasta do całej operacji. Trzeba coś zaplanować, zarezerwować, spakować, najlepiej wyjechać rano, a skoro już jedziemy, to może zostać na noc. Tutaj niczego takiego nie potrzeba. Można rano wypić kawę w domu, po czterdziestu minutach być nad Bugiem, zjeść pierogi z jagodami w pałacu, zejść ze skarpy do kajaka, przez kilka godzin oglądać świat z poziomu wody, a wieczorem znowu siedzieć na własnym balkonie. Tylko człowiek ma trochę bardziej zmęczone ręce i poczucie, jakby wrócił z dużo dalszej podróży. 

Nie trzeba jechać pięćset kilometrów, żeby naprawdę gdzieś wyjechać. Czasami wystarczy przekroczyć granicę miasta, pojechać jeszcze kawałek, zejść ze skarpy i wsiąść do kajaka. Bez wielkich atrakcji, bez obowiązkowych punktów do odhaczenia i bez poczucia, że skoro już przyjechaliśmy, to musimy zobaczyć wszystko.

Na koniec można jeszcze zajrzeć do Kuligowa, usiąść gdzieś nad wodą i wypić coś zimnego. Można też po prostu wsiąść do samochodu i wrócić do Warszawy. My wracaliśmy trochę zmęczeni, trochę spaleni słońcem, ale bardzo zadowoleni. Czterdzieści minut później znowu była Warszawa, dom i to chyba jest najlepsza rekomendacja tej trasy: rano jesteś w Warszawie, kilka godzin później płyniesz szerokim Bugiem między piaszczystymi łachami i końmi pasącymi się na brzegu, a wieczorem wracasz do domu. Niby tylko jednodniowy wypad, a jednak przez chwilę naprawdę jest się w zupełnie innym świecie.

 

Artykuł w ramach cyklu „Rzeki Mazowsza” powstał we współpracy z Samorządem Województwa Mazowieckiego. Już dziś zapraszamy na kolejny odcinek – przed nami jeszcze wiele ciekawych wypraw.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

PRZECZYTAJ
Reklama